Stowarzyszenie Bochniaków
i Miłośników Ziemi Bocheńskiej

Rok założenia 1936

Wejście Niemców do Bochni – we wspomnieniach prof. Stanisława Fischera

Rynek w Bochni w 1940 r. Fotopolska.pl

Wśród zapisków, notatek i tekstów napisanych przez prof. Stanisława Fischera, które nigdy do tej pory nie były wydane drukiem znajdują się ciekawe materiały dotyczące wejścia Niemców do Bochni we wrześniu 1939 r. i okupacji hitlerowskiej w naszym mieście. Wspomnienia te znajdują się w zbiorach Muzeum im. prof. S. Fischera w Bochni. Po raz pierwszy drukiem zostały opublikowane przez nasze Stowarzyszenie w 81. numerze Wiadomości Bocheńskim. Poniżej prezentujemy przedruk.

Boje w okolicach Bochni

Zmotoryzowane oddziały niemieckich wojsk, znajdujące się na Słowacji wtargnęły do Polski poprzez Tatry zgodnie z rozkazem Hitlera 1 września 1939 roku i prawie bez przeszkód ze strony polskiej dotarły, już w pierwszym dniu wojny do Nowego Sącza, skąd zaraz nazajutrz trzema szlakami wyruszyły dalej w głąb kraju. Jeden z tych szlaków skierowany był w stronę Brzeska, drugi na Limanową, a stamtąd na północ w stronę Wiśnicza i Bochni, a trzeci, najsilniejszy, poprzez Chabówkę i Nowy Targ – w stronę Krakowa.

Rozlokowane w tamtych stronach oddziały polskich wojsk, a między nimi najdalej na zachód wysunięta zmotoryzowana 10 Brygada Kawalerii, na której czele stał pułkownik Stanisław Maczek, wsławiony później jako generał wyczynami swoimi w wojnie francusko-niemieckiej, stawiały Niemcom silny opór, ale pod naciskiem przeważających niemieckich sił musiały się jednak wciąż cofać. Maczek dokładał wszelkich starań, żeby nie dopuścić Niemców na linię Myślenice-Dobczyce, bo stamtąd mieliby już Niemcy otwartą drogę w stronę Krakowa. Bomby niemieckie spadały już licznie na tę prastarą stolicę dawnej Polski. Na terenie myślenickim przez jakieś trzy lub cztery dni oddziały polskie walczyły z Niemcami zwycięsko, skutecznie i wstrzymywały ich natarcie w stronę Krakowa, ale kiedy się już wyczerpały zapasy amunicji, a nowe zapasy nie nadchodziły, wycofanie się z frontu było konieczne, a było ono ogromnie trudne, bo na drogach przepełnionych tłumami uciekających ludzi, wozami i gnanym bydłem powstały trudne do przebycia zatory, a Niemcy atakowali cofających się wciąż i bez przerwy. Na ulicy i tuż koło niej wybuchały raz po raz bomby, a w głębi terenu widać było płonące chaty wiejskie.

Podobnie wyglądało cofanie się oddziałów polskich na linii Limanowa-Wiśnicz-Bochnia. Tutaj najdłużej walki toczyły się w pobliżu Bochni wzdłuż drogi ciągnącej się przez las Kopaliński między Wiśniczem i Bochnią. Jeden jakiś mniejszy oddział polski zdołali Niemcy otoczyć i zabrać, inne zdołały przedostać się szczęśliwie do Bochni razem z nadciągającą brygadą pułkownika Maczka. Te połączone oddział wyruszyły z Bochni w kierunku Radłowa, a stamtąd ciągnęły wśród ustawicznych walk na Radomyśl, Rzeszów, Łańcut, Przeworsk, Jarosław, Lwów, Stanisławów i Tatarów i tam z pełnym swym uzbrojeniem i tymi samymi działami, moździerzami i karabinami maszynowymi, którymi się broniły na terenie myślenickim, przekroczyły granicę i w Rumunii znalazły ocalenie.

Na całym terenie Polski broniła się jeszcze Warszawa (do 27 września), Gdynia, Oksywie, Modlin (do 29 września), Hel (do 2 października). Na Polesiu walczył jeszcze z Niemcami do 5 października generał Franciszek Kleeberg, ale pokonany przez Niemców dostał się do niewoli i w obozie jenieckim zmarł w 1942 roku. Całą Polskę opanowali Niemcy dziwnie szybko, bo w osiemnastu dniach, ale naród polski broni nie złożył i trwał w niezachwianej nigdy wierze, że wcześniej czy później Niemcy z Polski ustąpić muszą.

Wojska niemieckie weszły do Bochni wieczorem 7 września 1939 roku. Ich straże przednie nie zatrzymując się w mieście pognały natychmiast dalej w stronę Brzeska, a wczesnym rankiem wyruszyły w tym kierunku niemieckie dywizje. W Bochni zatrzymał się tylko jeden pluton, który rozpoczął obserwowanie zachowania się mieszkańców miasta i skrzętnie zbierał wiadomości o tych, którzy byli nastawieni wrogo do Niemców. Okazało się, że na usługi mieli kilku miejscowych ludzi, późniejszych volksdeutschów, którzy im donosili, kogo w Bochni trzeba mieć stale na oku.

Niemiecka ulotka

Zaraz po wkroczeniu Niemców do Bochni rozrzucono po całym mieście różne propagandowe ulotki z których najwymowniejsza brzmiała dosłownie tak:

Polacy! Niemiecka Armia nie walczy przeciw pokojnych (!) obywateli (!) i ludzi bez broni. Pracujcie przeto spokojnie dalej i nie dajcie się namawiać do nierozsądnych uczynków. Kto podejmuje nieprzyjazne uczynki przeciw armii niemieckiej, albo kto przechowuje (!) bez zezwolenia broń palną, będzie karanym według prawa wojennego. Niemiecka armia zaręcza pokojnym (!) obywatelom wszelką opiekę. Osoby cywilne, które podstępnie lub z zasadzki będą napadać na żołnierzy armii niemieckiej, podpadną bezwzględnie najsurowszej karze.

Niemiecki komisarz

Życie publiczne w Bochni zrazu przygasło. Czynne były wprawdzie bez przerwy miejscowe urzędy powiatowe i miejskie, ale napływ interesantów zmniejszał się wyraźnie z każdym dniem. Jeden raz zebrała się jeszcze Rada miejska, ale rajców chętnych do zabierania głosu nie było i już po godzinie rozeszli się wszyscy do swych domów. Burmistrzem miasta był wtedy emerytowany dyrektor miejscowej szkoły podstawowej obywatel Pałka, a z nim współpracowali ci sami urzędnicy, którzy tu pracowali przed wojną. W urzędowaniu ich zaszły pewne zmiany, kiedy do Bochni zjechał już 20 września 1939 roku z ramienia władz gubernialnych landrat Hasse, któremu powierzono zwierzchni nadzór nad wszystkimi urzędami powiatowymi i miejskimi w mieście. Landrat nie przeprowadził żadnych zmian personalnych w pracujących tu zespołach urzędniczych, poprzestając tylko na dodaniu im do pomocy funkcjonariuszy niemieckich, których zadaniem było oczywiście czuwanie nad tym, żeby urzędy te spełniały swoje funkcje bez żadnych pociągnięć niekorzystnych dla Niemców. To – niby polskie jeszcze kierownictwo spraw miejskich w Bochni – trwało jednak zaledwie jeden miesiąc, bo już 18 października władza ta przeszła w ręce komisariatu miejskiego, na którego czele stanął przysłany do Bochni komisarz (Stadtkomissar) Heinz Bormann, któremu do pomocy dodano całą falangę niemieckich urzędników. Skład ich zmieniał się raz po raz. Byli między nimi ludzie lepsi i gorsi, a więc tacy, którzy się odnosili do Polaków życzliwie i inni, którzy swoją nienawiść do Polski i Polaków wyładowywali przy każdej sposobności. Nie ma potrzeby upamiętniać ich nazwisk, chyba tylko jednego z nich wszystkich, wymienionego już wyżej Bormanna, który dokładał po cichu starań, żeby do znęcania się nad nikim nie dopuścić, nie przyjmował donosów, że któryś Polak jest ustosunkowany wrogo do Niemców i wszystkim prześladowanym, o których wiedział, starał się przyjść z pomocą. Zorientowały się władze odgórne, że to urzędnik nie postępujący zgodnie z nakazem Hitlera i wnet go z Bochni usunęły.

Zacieranie śladów polskości

A jak wyglądała na terenie Bochni i bocheńszczyzny ta niby pokojowa i życzliwa opieka niemiecka nad naszym gospodarczym i kulturalnym życiem? Funkcjonariusze niemieccy znali plan Hitlera zniszczenia Polski. Zrazu jednak postępowali tak, ażeby z ich pociągnięć obywatele polscy nie mogli wyczytać, jaka przyszłość ich czeka. Już w drugim miesiącu okupacji pozmieniali nazwy ulic w mieście: ulicę Kazimierza Wielkiego przezwano ulicą krakowską (Krakauer Strasse), ulicę Kościuszki – ulicą tarnowską, Ulicę Poniatowskiego – ulicą Polną (Feld Strasse), Mickiewicza – ulicą szkolną, Kraszewskiego – szybową (Schacht Strasse).

Jednym z takich pociągnięć, mających zacierać jakieś ślady polskości Bochni było usunięcie z frontowej ściany magistratu tablicy z herbem miasta, na której widniał biały orzeł z berłem i mieczem w szponach, a na piersiach tego orła była tarcza z górniczymi młotami. Na miejscu starej tablicy zawieszono teraz nową, na której już nie było orła, a tylko górnicze godła. W ten sposób starano się zacierać wszystko, co przypominało nasz patriotyzm.

Wywiezienie archiwum salinarnego

Niemieccy zarządcy bocheńskich salin uważali też za wskazane zniszczyć całe bogate archiwum salinarne, w którym był wartościowy zbiór ksiąg i aktów, pochodzących jeszcze z czasów istnienia dawnej Rzeczypospolitej Polskiej. Wywieziono już gdzieś w świat ciężarowym autem ogromny stos archiwaliów ułożony na skraju plant przed gmachem zarządu salinarnego, inny czekał na wywózkę. Znaleźli się jednak Bochnianie, którzy wykorzystując stosowna chwilę, zdołali wydobyć z tego stosu kilkanaście starych salinarnych ksiąg i kilka naręczy starych aktów (obecnie są w Muzeum im. Prof. S. Fischera- przyp. red.)

Zamknięcie szkół

W Bochni i całym powiecie pozamykano wszystkie szkoły. W bocheńskim Gimnazjum im. Kazimierza Wielkiego padły ofiarą zniszczenia wszystkie zbiory naukowe, a sprzęty szkolne częścią wywiezione, częścią zużyte na materiał stolarski, względnie na opał.

Niszczenie bibliotek

Pozamykali wszystkie biblioteki publiczne i część zabranych z nich książek wywieźli gdzieś w świat. Akcja niszczenia bibliotek nie całkiem się jednak Niemcom udała, bo prawie w całości ocalała biblioteka Towarzystwa Czytelni Katolickiej i biblioteka Związku Polek, a ocalały one dzięki trudnym i niebezpiecznym zabiegom bibliotekarza Czytelni Katolickiej Józefa Michałowskiego i bibliotekarki Związku Polek Janiny Fischerowej.

Uratowanie zbiorów bibliotecznych

Józef Michałowski, sekretarz bocheńskiego Sądu Grodzkiego w ostatnią noc przed zapowiedzianym już dniem zabrania książek z biblioteki, zabrał z tej biblioteki z pomocą kilku swoich kolegów kilka naręczy książek, które uważał za najcenniejsze, jak dzieła naszych trzech wieszczów, powieści Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej i albumy z reprodukcjami dzieł Grottgera. Wiedział już, że następnego dnia zajadą przed gmach Czytelni niemieckie wozy, na których Niemcy książki mają wywieźć. Czuwał pilnie na miejscu i uradował się mocno, kiedy zobaczył, że komendant zaplanowanej wywózki książek jest dobrym jego znajomym, Władysław Lohn, o którym dobrze wiedział, że już wielokrotnie wykorzystywał swój bliski kontakt z Niemcami, żeby Polakom przyjść w ich opałach i pomocą. Wszystkie pozostałe książki biblioteki załadowano na fury, ale Lohn na prośbę Michałowskiego, zamiast wywieźć te książki na stację, zawiózł je przed Sąd Grodzki i tam je przeniesiono do pokoju, sąsiadującego z kancelarią Michałowskiego. Była to oczywiście robota niebezpieczna i mocno narażała i Michałowskiego i Lohna. Lohn jednak zaraz po wyładowaniu książek pojechał na stację kolejową i tam od dobrze znanego sobie naczelnika stacji uzyskał pisemne poświadczenie, że książki biblioteki Czytelni Katolickiej zostały przywiezione na stację i już je załadowano do wagonu i odesłano do Krakowa.

Ocalone książki biblioteki Katolickiej przechodziły różne losy. Przez jakiś czas wypożyczał je Michałowski w największej tajemnicy bliskim i dalszym swoim znajomym, ale później musiał cała tę bibliotekę z gmachu sadowego usunąć. Wywiózł ją na chłopskich wozach pod osłoną siana do pobliskiego Kurowa do domu rodziny Kulasów i tam były w przechowaniu do roku 1947.

Prawie w całości ocalała też biblioteka Katolickiego Związku Polek. Książki tej biblioteki przechowywała Janina Fischerowa w swoim domu i w domach kilku swoich znajomych i przez cały czas okupacji prowadziła potajemną wypożyczalnię, z której korzystało wielu Bochnian, zwłaszcza ci, którzy się zajmowali tajnym nauczaniem młodzieży. Ocalała także część książek Towarzystwa Szkoły Ludowej, a miejscem przechowania ich w czasie okupacji był strych kościoła szkolnego.

Stanisław Fischer

Jan Ptaśnik

Jan Ptaśnik (1876-1930)

Jan Ptaśnik urodził się 15 stycznia 1876 r. w podbocheńskich Mikluszowicach. Pochodził z chłopskiej rodzi Marcina Ptaśnika i Anny z Sadulskich. Ukończył szkołę ludową w rodzinnych Mikluszowicach po czym rozpoczął edukację w bocheńskim gimnazjum. Maturę zdał w 1896 r. Decyzją

Czytaj więcej »

Uroczysty opłatek Bochniaków 2026

10 stycznia w zabytkowych wnętrzach Domu Bochniaków odbyło się coroczne spotkanie opłatkowo-noworoczne. Tegoroczny opłatek Bochniaków zgromadził licznych członków Stowarzyszenia, samorządowców oraz zaproszonych gości, stając się okazją do wspólnego kolędowania, wspomnień i wymiany serdeczności. Niespodzianka

Czytaj więcej »