Stowarzyszenie Bochniaków
i Miłośników Ziemi Bocheńskiej

Rok założenia 1936

Ucieczka z obozu i dotarcie do Lipowca

Z końcem marca lub na początku kwietnia 1943 r. jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o aresztowaniu w Warszawie 20 marca 1943 r. działacza ZOW i uciekiniera z KL Auschwitz Bolesława Kuczbary. Znał on Pileckiego i kilku innych członków konspiracji ZOW w KL Auschwitz, a przesłuchiwany na Pawiaku stanowił dla obozowej konspiracji poważne zagrożenie. Terminu ucieczki nie można już było odwlekać. Pilecki przekazał swoje obowiązki konspiracyjne majorowi Zygmuntowi Bończy Bohdanowskiemu.

Pomysł Edmunda Zabawskiego (nr oboz.19547) ucieczki do Bochni trzebabyło jak najszybciej zrealizować. W Bochni uciekinierzy mieli zapewnioną przystań. Ani wtedy, ani w czasie ucieczki Pilecki nie myślał o potrzebie spotkania się w Wiśniczu z [prawdziwym] Tomaszem Serafińskim, którego nazwiska używał,
dostając się do KL Auschwitz, bo o jego miejscu zamieszkania wtedy nie wiedział. Sprzeczne z raportem Pileckiego, pisanym we Włoszech w 1945 r., i niedokładne są sugestie trzeciego z uciekinierów, Edwarda Ciesielskiego, że ucieczkę do Bochni Pilecki zaplanował ze względu na osobę, mieszkającego w Wiśniczu, Tomasza Serafińskiego. Ciesielski pisał swoje wspomnienia dopiero pod koniec lat 60-tych XX wieku.
Pilecki nie planował także kontaktu z założoną w Bochni przez dr Urszulę Wińską placówką Tajnej Armii Polskiej. Konsekwentnie musiał realizować swój plan wydostania się z obozu. Wynika to jasno z jego raportu napisanego w lecie 1945 r. we Włoszech, a opublikowanego w Polsce po raz pierwszy drukiem w książce Adama Cyry: Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz. Warszawa 2014 r.

Termin ucieczki konspiratorzy ustalili na Święta Wielkiej Nocy, a konkretnie, a noc z 26 na 27 kwietnia 1943 r., z obozowej piekarni, znajdującej się poza obozem tzw. Aussenkommando (zewnętrzny oddział pracy). Pilecki pracował jednak w paczkarni, Ciesielski w szpitalu, a Jan Redzej w magazynie żywnościowym przy kuchni. Dzięki kontaktom ZOW udało się najpierw skierować do piekarni Jana Redzeja. Zezwolenia na pracę w grupach poza obozem wydawał osobiście kierownik służby pracy (Schutzhaftlagerfűhrer) Franz Hőssler.

Jan Redzej zorientował się w możliwościach ucieczki z piekarni. Przyszło mu to łatwo, ponieważ miał wyjątkową zdolność zjednywania sobie otoczenia dowcipem i tryskającym humorem. Po tygodniu pracy w piekarni został przodownikiem zmiany. Stwierdził, że poważną przeszkodą w planowanej ucieczce były okute blachą wrota, zabezpieczone dwiema żelaznymi zasuwami. Z zewnątrz oba skrzydła zabezpieczała żelazna sztaba zamykana na kłódkę. Lewy koniec sztaby tkwił na śrubie, na której od strony wewnętrznej nakręcona była mutra, prawie niewidoczna, zamalowana wapnem. Wykonał więc w świeżym chlebie odcisk mutry do zaczepu i klucza do kłódki, którą zamknięte było niewielkie okno. Oba klucze wykonał w obozowej ślusarni więzień Szczepan Rzeczkowski, działacz TAP i ZOW. Następnej nocy Redzej sprawdził, czy dorobione klucze pasują i schował je pod węglem w magazynku piekarni.
Więzień Marian Toliński zdobył dwa skierowania do pracy, wystawione wprawdzie na innych więźniów i do innych oddziałów pracy, ale Edward Ciesielski wywabił te dane i wpisał w ich miejsce numer obozowy swój i Pileckiego [Serafińskiego] oraz oczywiście piekarnię jako miejsce pracy, w którym mieli pracować. Aby nie wzbudzać podejrzeń u szefa paczkarni, Pileckiego przeniesiono najpierw do bloku szpitalnego z podejrzeniem duru wysypkowego, a w Poniedziałek Wielkanocny 26 kwietnia dr Władysław Fejkiel, Polak zatrudniony w rewirze wypisał go i skierował na blok 15, w którym mieszkali piekarze. Ciesielski natomiast, zatrudniony jako sanitariusz szpitala obozowego posługując się sfałszowanym skierowaniem zaopatrzonym w podpis i pieczęć Franza Hősslera, okazał je przełożonemu sanitariuszy Lagerältesterowi Krankenbau. Edward Ciesielski pisze:

Lagerältester zapytał mnie, czy jestem z zawodu piekarzem i czy jest to odnotowane w kartotece. Udając zdziwienie – zaprzeczyłem. Nigdy z piekarnictwem nie miałem nic wspólnego – tłumaczyłem – i to skierowanie jest zapewne jakąś pomyłką, ale nie mogę przecież sprzeciwić się zarządzeniom SS-Hauptscharfűhrera Hősslera. Dlatego muszę iść dzisiaj do pracy w piekarni, proszę jednak, aby Lagerälterster i blokowy w dniu jutrzejszym reklamowali mnie i wyjaśnili pomyłkę. Obaj zgodzili się na to. Spadł mi ciężki kamień z serca.

26 kwietnia 1943 r. Hőssler wyjechał na Święta do rodziny. Wymarsz zmiany nocnej z obozu miał nastąpić około godz. 18.00. Godzinę wcześniej na blok 15 przeszli Marian Toliński i Witold Kosztowny.

W ubikacji Toliński dał Ciesielskiemu trzy małe celuloidowe kapsułki z cyjankiem potasu. W razie niebezpieczeństwa należało przegryźć kapsułkę, a śmierć nastąpi natychmiast. Ciesielski zabrał ze sobą także paczkę z tytoniem, który Pilecki suszył i kruszył na tabakę i miał nią posypywać ślady dla zmylenia psów, gdyby uczestniczyły w pościgu za uciekinierami. Pilecki i Ciesielski ubrali pod pasiaki ubrania cywilne w bardzo dobrym stanie. Pisze dalej Ciesielski:

Około godziny 18 wbiegł do naszej sztuby goniec z bramy głównej i zawołał: Kommando Backerei antreten! (Piekarnia wystąp!). Teraz nasze nerwy były napięte do ostatnich granic. Staraliśmy się jednak zachować zupełny spokój. Szybko podążyliśmy w kierunku bramy głównej. Ustawiliśmy się trójkami. Było nas ośmiu więźniów. Trzech pracowało w [małej] piekarni SS, piątka miała tej nocy pracować w dużej [położonej ok. 2 km. od obozu] piekarni wypiekającej chleb dla obozu. Znalazła się w niej nasza trójka. Podszedł do nas oficer
SS z kartką w ręku. Odczytał z niej poszczególne numery więźniów, sprawdzając przy tym nazwiska i daty urodzenia.

Po przejściu około jednego kilometra w kierunku miasta Oświęcim, przy skrzyżowaniu dróg grupa podzieliła się. Trzech więźniów z trzema esesmanami poszło na prawo do piekarni SS, a pozostali z dwoma esesmanami skręcili w lewo. Po pewnym czasie zbliżyli się do dużego budynku z czerwonej cegły, przypominającego wielki młyn. Wokół nie było żadnych innych zabudowań. Najpierw wyszła z budynku dzienna zmiana, a następnie weszła nocna zmiana i zatrzaśnięto za nią wielkie, ciężkie drzwi. Na drzwi założono sztabę i zamknięto ją na kłódkę. W każdy poniedziałek zmieniała się eskorta piekarzy. Ci dwaj Niemcy nie wiedzieli więc, że Pilecki i Ciesielski znaleźli się tutaj po raz pierwszy. Była to dobra okoliczność. Nowa warta, kierując się swoistym poczuciem obowiązkowości, była z kolei czujna i gorliwa. Interesowała się ciężkimi, okutymi drzwiami, zaglądała wszędzie, poznając rozkład wszystkich pomieszczeń piekarni.

Pilecki zdawał sobie sprawę, że ucieczka musi nastąpić właśnie tej nocy. Gdyby dalej miał pracować w piekarni, wyszłoby na jaw, że nie zna się na wypieku chleba, a ponadto jego szef paczkarni zapewne musiałby poszukiwać swojego „niezastąpionego” pracownika.

Nocna zmiana rozpoczęła ciężką, iście morderczą pracę. Piekarze pracowali tam ubrani tylko w krótkie spodenki i fartuchy. Z pieca buchał żar. Było bardzo gorąco. Pot lał się z trójki nowo przybyłych. Rozżarzony węgiel poparzył Ciesielskiego. Pilecki wyrabiał ciasto, ważył odmierzone kawałki, sporządzał bochenki chleba i układał na desce. Strażnicy co godzinę podchodzili do telefonu i składali meldunek o sytuacji na ich posterunku. Nocne posterunki odwiedzał co pewien czas oficer inspekcyjny. Strażnik podchodził wówczas do okna i głośno meldował się. Po każdej takiej wizycie podchodził do telefonu i rozmawiał z wartownią, niezależnie od wcześniejszych meldunków. Obok było także urządzenie alarmowe.

Pilecki planował ucieczkę po drugim wypieku chleba. Sytuacja stawała się jednak coraz bardziej nerwowa. Przez korytarz przebiegali piekarze po mąkę, węgiel, wodę, odwozili gotowe bochenki, krzyżowały się drogi przebiegających, a w ślad za nimi wzrok pilnujących esesmanów. Pilecki pisze w raporcie:

Przeszedł pierwszy, drugi, trzeci i czwarty wypiek, a my wciąż jeszcze nie mogliśmy wyjść z piekarni… Tak jak przy pasjansie karty muszą się ułożyć, by pasjans się udał, tak i tutaj… [należało czekać na odpowiedni moment]. A stawką tego pasjansu było życie… Nie mogliśmy hamować biegu pracy innych piekarzy. Esesmani chodzili w przód i w tył podchodząc do samych drzwi. Rozpoczął się wtorek, sytuacja uległa pewnemu odprężeniu. Jeden z esesmanów położył się i spał albo udawał, że śpi. Piekarze też byli zmęczeni. Gdy koło godziny drugiej gotów był wypiek czwarty i został tylko jeden [ostatni], zrobili dłuższą przerwę i zaczęli się posilać.

Ciesielski, Pilecki i Redzej udali się do drewutni. Pilecki rąbał drzewo na drobne kawałki, Ciesielski nakładał węgiel. Redzej wydobył ukryty w skrytce w węglu klucz i podszedł do drzwi wejściowych, aby odkręcić mutrę, utrzymującą sztabę ryglującą drzwi. Koledzy pracowali głośno, aby nie było słychać stuków odbijania sztaby. W raporcie Pileckiego z 1945 r. czytamy, że kiedy esesman szedł od drzwi w kierunku hali, Redzej, wiedząc, że odwróci się on dopiero za dwie lub trzy minuty, wymknął się [już w ubraniu], szybko odkręcił mutrę, która na szczęście poddała się łatwo i wypchnął śrubę z zaczepem, który upadł
za drzwiami. Tę chwilę opisuje także Ciesielski:

Do drewutni wszedł ryży esesman i zapytał: Wo ist der dritte? (Gdzie jest ten trzeci).

Serce zamarło im z przerażenia, zwłaszcza gdy po niepewnej odpowiedzi Niemiec skierował się do pomieszczenia, w którym przy sztabie pracował Redzej. Pochwili wyszedł spokojnie i poszedł dalej. Okazało się, że Redzej od razu zorientował się w sytuacji i błyskawicznie wszedł do ubikacji. Niemiec oświetlił latarką ubikację, zobaczył przez szparę buty Redzeja, więc się uspokoił. Na szczęście nie
oświetlił drzwi z odkręconą mutrą.
Pozostało jeszcze przeciąć kable od urządzenia alarmowego i od telefonu Były one zamontowane w korytarzyku i biegły obok siebie. Pierwszy szedł pod ziemię, drugi po ścianie korytarza. Niemiec, siedzący niedaleko tych urządzeń, smażył kiełbasę w palenisku podgrzewającym wodę w kotle i odwrócony był tyłem, więc Ciesielski uczynił to błyskawicznie. Ucięte kawałki kabli wrzucił do wiadra z węglem i całą zawartość wsypał do pieca. Był to poważny błąd, bo izolacja zapaliła się i rozszedł się swąd palącej się gumy.
Pisze dalej Ciesielski:

Esesman sklął mnie i zaczął wrzeszczeć co za świństwo wrzucam do pieca. Kazał wrzucać do pieca czysty węgiel. Majster kazał nosić wodę do elektrycznych mieszadeł. Trzeba było napełnić kilkanaście wiader. Do ucieczki wszystko było gotowe, a tutaj taki idiotyczny rozkaz.

W tej samej chwili za oknem rozległ się głos oficera inspekcyjnego. Strażnik po złożeniu meldunku poszedł w kierunku telefonu, którego kabel był już przecięty, ale na szczęście minął go, usiadł obok pieca i chwycił za usmażoną kiełbasę. Drugi Niemiec był natomiast zajęty pisaniem listu. Pilecki kazał natychmiast rozpoczynać akcję. Za chwilę wszystko mogło skończyć się tragicznie. Skoczył po swoje rzeczy. Ciesielski przyniósł jeszcze kilka wiader zimnej wody i zakomunikował majstrowi, że będzie nosił gorącą wodę. Puste wiadro postawił obok kotła z gotującą się wodą. Minął drzwi od izby, w której siedzieli Niemcy. Może je zamknął i zabarykadował własnym ciałem – jak pisze – a może tylko przymknął. Pilecki i Redzej usiłowali w tym czasie wyważyć główną bramę.
Scenę otwarcia bramy wejściowej opisał Pilecki:

Drzwi naciskane przez nas wyginały się łukiem lecz nie puszczały. Esesman odchodził powoli, był od nas osiem, za chwilę dziesięć metrów. Wzmogliśmy nacisk na drzwi, które wygięły się jeszcze bardziej, lecz wciąż nie puszczały. Edek w tym czasie od łóżka esesmana skoczył po ułożone swoje rzeczy w komorze węglowej. Jasiek zdwoił siły, u mnie zdwojone było napięcie wszystkich nerwów – drzwi jednak wydawały się mocniejsze od nas. Włożyliśmy w nacisk cały wysiłek, na jaki nas było stać, gdy wtem… gwałtownie i bezdźwięcznie rozwarły się one przed nami. Powiało chłodem na rozpalone nasze głowy, błysnęły gwiazdy
na niebie, jakby mrugając porozumiewawczo. Wszystko to zmieściło się jakoś w jednym mgnieniu oka.

Uciekinierzy biegli najpierw rowem, a następnie nasypem kolejki wąskotorowej gęsiego jeden za drugim, nie odzywając się ani słowem. Dobiegli do krzaków, za którymi płynęła z szumem Soła. Na brzegu rzeki zatrzymali się. Redzej oderwał od marynarki i spodni numery obozowe. Wrzucił je do rzeki. Podobnie
postąpili Ciesielski i Pilecki. W chwili ucieczki Pilecki miał 42 lata, Redzej 33 lata, a najmłodszy Ciesielski liczył 21 lat.

Ciszę wiosennej nocy rozdarła seria strzałów karabinowych. Zapewne strzelali esesmani z piekarni, aby zaalarmować wartownię obozową. Potem zaległa cisza. Słychać było tylko dzwoniące krople deszczu. Z dala dochodził stukot pociągu, zbliżającego się do mostu na Sole. Za chwilę uciekinierzy ujrzeli z zarośli oświetlone okna pociągu. Szli w kierunku mostu jeden za drugim, blisko siebie, aby się nie zgubić. W budce wartownika nie było. Może przeszedł na drugą stronę mostu. Weszli na most, ale przed jego końcem zsunęli się po przęśle na dół, ponieważ na końcu mostu mógł stać wartownik. Brnąc w mokrej, grząskiej ziemi szli dalej. Byli bardzo zmęczeni, ale sił dodawała tylko świadomość, że idą już jako wolni ludzie.

W oddali zamajaczyły światła obozu. Przez moment pomyśleli, że zabłądzili, ale był to podobóz KL Auschwitz III Monowitz, wybudowany w jesieni 1942 r., zwany Monowice-Bunawerke. Teren był poprzecinany głębokimi rowami, co opóźniało ucieczkę i dotarcie do zbawczego lasu. Byli głodni. Zapomnieli zabrać z piekarni chleb.

I tutaj relacje uciekinierów rozmijają się. Ciesielski pisze, że doszli do skalistego brzegu, szukając możliwości przeprawy. Zdaniem Janka (Redzeja) był to brzeg Wisły. Witold Pilecki wyjął z kieszeni małą flaszeczkę i płynem skrapiał kilkudziesięciometrowy odcinek drogi, jaki przed chwilą przeszli. Zacierał ślady, aby zmylić ewentualny pościg z psami. Pilecki pisze w raporcie, że, idąc brzegiem Soły, zwrócił się do Ciesielskiego, aby dał paczkę ze sproszkowanym tytoniem, ale Ciesielski oświadczył, że miał ją, ale się w biegu wszystko wysypało.
Świtało. Deszcz przestał padać. Po godzinie marszu ujrzeli łódki kołyszące się na wodzie. Należały one do mieszkańców pobliskiej wioski. Były przymocowane łańcuchami do wbitych w rzekę pali, a łańcuchy zamknięte były na kłódki. Tylko jeden łańcuch złączony był śrubą z drugim. Edward Ciesielski wspomina:

W łódce pełno było wody deszczowej. Jaś podszedł do łańcucha. Był zabezpieczony kłódką zamkniętą na klucz. Szarpnął łańcuchem, ale daremnie. Nagle przypomniał sobie, że ma w kieszeni klucz do drzwi piekarni. Włożył go do kłódki. Próbował przekręcić raz i drugi. Rozległ się cichy trzask i ucho kłódki odskoczyło.
Wszystko jak w bajce – odezwał się Tomek [Witold Pilecki]… Jaś odczepił łańcuch. Tomek (znalezioną na brzegu) puszką po marmoladzie wybierał wodę z łódki. Jaś, najlepiej z nas zbudowany fizycznie wziął wiosło, które leżało na dnie łódki. Wolno odbiliśmy od brzegu.

Kilkanaście metrów od drugiego brzegu łódź utknęła na mieliźnie. Nie było czasu na jej spychanie. W każdej chwili mógł ktoś wyjść z domów wioski. Skoczyli więc do wody i brnąc w niej po pas, dotarli do brzegu. Świtało. Do lasu odległego ok. 1 km od rzeki przebiegli szybko. W gęstym lesie pozostali cały dzień, aż do zmroku. Dopiero tutaj poczuli, jak bardzo są głodni i wyczerpani. Buty i ubrania ociekały wodą. Nie kładli się na mokrej ściółce leśnej, lecz na krzakach jałowca. Dopiero wieczorem wyruszyli dalej. Byli wolni. Po raz pierwszy od trzech lat usłyszeli śpiew ptaków. Byli szczęśliwi.

Nie wiemy dokładnie, kiedy wiadomość o ucieczce dotarła do obozu. Łączność telefoniczna i alarmowa z piekarnią była przerwana, ale strzały esesmanów z piekarni mogły być słyszane w obozie. Edmund Zabawski, który wiedział o planowanej ucieczce, tak po wojnie opisał, co działo się wczesnym rankiem w obozie:

Wychodzimy na zbiórkę – apel poranny. I wtedy zaczyna wyć syrena. Coś niesamowitego. Wszystkich zelektryzowało. Oglądają się, pytają. Krzyki blokowych, stoimy, ale nikt nie rozumie, co się dzieje. Syrena wyje długo, a mnie serce rozpiera radość, nareszcie uciekli, uciekli, uciekli. Ktoś szepcze – ucieczka. Ucieczka – podają sobie z ust do ust… Chyba z nocnej zmiany… Koło bloku 15-go ruch, jakieś krzyki esesmanów, przekleństwa. Ustawianie, odliczanie. My stoimy obok przy swoim bloku 4-tym. Przybiegł nasz Schreiber Ernst Bűrger. Drei felt – trzech uciekło …Wjeżdżają motocykliści, ruch niecodzienny. Widzę, co dzieje się przy bloku 15-tym. Wpadają esesmani, klną, kopią. Podchodzi rapportführer do blokowego bloku 15-go, starego Niemca, z zielonym winklem. Coś do niego mówi i strzela go z jednej i drugiej strony po gębie i klnie po niemiecku. Wypada mu czapka zręki, schyla się po nią, dostaje kilka kopniaków. Takiej sceny jeszcze nikt w obozie nie widział, by Niemiec, stary numer, zielony winkiel [kryminalista – przyp.S.K.] dostał na oczach tylu więźniów takie lanie.

Tymczasem uciekinierzy szli bez kompasu lub busoli. Orientowali się przy pomocy zegarka i kory drzew, pokrytej od północnej strony mchem. Przydało się doświadczenie Pileckiego z lat wojny bolszewickiej. Także Jan Redzej był oficerem i musiał znać się na rozpoznawaniu terenu i stron świata. Jednakże im większa ciemność ich ogarniała – pisze Ciesielski – tym uciążliwsza stawała się droga, a najbliższym celem był kościół w Porębie. W lesie zauważył ich gajowy. Zabiegł im drogę, chcąc ich zatrzymać. Weszli w najbliższy młodniak i pełzając w nim, zmienili kierunek, dotarli do szosy, przeskoczyli ją i znowu zaszyli się w młodniak. Gajowy stracił ślad, a oni, trzymając się blisko szosy szli, w kierunku miejscowości Babice. Pisze dalej Pilecki:

Na górze przed mieściną wznosiły się ruiny zamku. W jego ruinach, zakopani w zeszłoroczne liście, legliśmy zmęczeni okropnie, by zasnąć. Tak minął wtorek 27 kwietnia… Edek zasnął natychmiast. My z Jaśkiem mieliśmy po zimnej kąpieli zapalenie stawów, a ja jeszcze na dodatek zapalenie nerwu kulszowego. Prócz bólu w prawym biodrze, miałem ból w stawach kolan, szczególnie dotkliwy przy schodzeniu z pochyłości; stąpałem zaciskając zęby.

161. rocznica wybuchu Powstania Styczniowego

Bochnia, wówczas miasto obwodowe leżące poza terenem objętym działaniami powstańczymi, odegrała ważną rolę zaplecza dla Powstania Styczniowego. Stąd przemycano za Wisłę do oddziałów powstańczych broń i amunicję, leki i środki opatrunkowe, żywność, a przede wszystkim

Czytaj więcej »

Nowy numer Wiadomości Bocheńskich już dostępny!

Wraz z najlepszymi życzeniami świątecznymi przekazujemy Państwu ostatni w tym roku numer Wiadomości Bocheńskich nr 4(138). Numer ten otwiera artykuł dr Kazimierza Przybyłki z Lublina, który wspomina dzieciństwo w Lipnicy, opisuje obyczaje Bożonarodzeniowych oraz przedstawia swoje refleksje świąteczne. Co w numerze?

Czytaj więcej »