Tomasz Sowieński, urodzony w 1877 r. w Leszczynie, był znanym w całej Europie, doskonałym cukiernikiem. Po 1920 r. osiadł w Bochni, gdzie do 1950 r. prowadził cukiernię przy placu świętej (wówczas błogosławionej) Kingi. W chwili wybuchu II wojny światowej miał 62 lata. Wspomnienia z września 1939 r., które są fragmentem większego opracowania, napisał prawdopodobnie z końcem lat 40-tych XX-wieku na podstawie notatek, które przechował przez cała okupację hitlerowską. Z tego względu mają one wartość szczególną. Zostały one opublikowane w 2009 r. w 81. numerze Wiadomości Bocheńskich. Poniżej zamieszczamy przedruk.
Wejście Niemców do Bochni
W sierpniu odbywały się szkolenia przeciwlotnicze, co wróżyło wojnę. W prasie prorządowej też były wzmianki o ewentualnej wojnie, no i o zwycięstwie. Nie podzielało tego przekonania społeczeństwo. Kto miał otwarte oczy musiał dostrzec brak przygotowania do wojny, ogólne zubożenie, skłócone społeczeństwo. Wypowiedzenie paktu nieagresji przez Związek Sowiecki z powodu aneksji Zaolzia, dla jednych było bez znaczenia, dla innych niepokojące.
31 sierpnia ostatnia odprawa blokowych służby przeciwlotniczej. Instruktor oznajmił komendantom blokowym poufnie, że jutro tj. pierwszego września odbędzie się próba nalotu. Wiadomość tę otrzymałem od oficera komendanta O.P.L-u. I rzeczywiście rano odezwały się dźwięki alarmowe i wkrótce na wysłonecznionym niebie ukazały się samoloty. Z początku komendanci bloków – wprowadzeni w błąd – pewni byli, że jest to próbny alarm. Nie długo trzeba było czekać, żeby się przekonać.
Pruskie krzyże zbliżały się rzucając bomby na domy, oprócz tego prażyły ogniem pokładowym. Już po pierwszym nalocie było 6 zabitych i wielu rannych. Ukazały się także pierwszego września obwieszczenia o mobilizacji na dzień 1-go poprawione czerwonym ołówkiem na 2-go. Powołane roczniki zgłaszały się natychmiast. Spóźnieni z dalszych okolic daremnie szukali P.K.U. (Powiatowej Komendy Uzupełnień – przyp.) – oni już wyjechali. Opustoszało także starostwo, wyjechała policja.
Czerwony Krzyż karmił uciekinierów w pierwszych dniach, ale na dwa dni przed wejściem wroga odjechał, odjechali także niektórzy lekarze. Młodzi mężczyźni, których nie objęło wezwanie mobilizacji też uszli. Pozostali tylko starzy, kobiety i dzieci. Fala uciekinierów od strony Śląska powiększała się. Pieszo rowerami, na wozach, niektórzy z dziećmi i dobytkiem. Przedstawiali smutny obraz ludzi zmęczonych, spragnionych, głodnych i wyczerpanych. Szli i szli w nieznane. Zapyta może ktoś, dlaczego uciekali? Odpowiedź jasna: widzieli zbrodnicze mordowanie niewinnych i zagładę, więc chcieli choć życie unieść.
Po odjeździe Czerwonego Krzyża ludność wynosiła herbatę, pieczywo, spiżarnie wypróżniały się z konfitur i soków. Coraz wyraźniej słychać było huk armat, wróg się zbliżał. Przywożono rannych do szpitala. Nadchodziły oddziały żołnierzy rozbitków, także spragnionych i głodnych. Wielu z nich miało okaleczone nogi od ciężkich marszów i nowych twardych butów. Siedzieli na rynku smutni i małomówni, z zadrażnioną ambicją, że muszą się cofać. Jedna z piekarń przygotowała dla nich chleb. Po krótkim odpoczynku ruszyli w dalszą drogę.
Zbliżał się front. Samoloty przelatywały tuż nad dachami domów zupełnie bezkarnie. Nadchodzi straszna noc. Wszyscy w piwnicach, tylko niektórzy ze starszych zrezygnowani pozostali w mieszkaniach. Niewielki oddział naszych zająwszy pozycje na wzgórzu za miastem, prawie całą noc wstrzymywał nawałę nieprzyjacielską. Rano ucichło wszystko.
Po wyjściu z piwnic widać było pożary w różnych stronach miasta i słychać było złowróżbny turkot nieprzyjacielskich czołgów. Ulicami szli żołnierze niemieccy zaglądając do każdej sieni. Mieszkańcy z okolic placu boju przyszli do miasta zawiadomić, że leżą ranni i zabici. Rzeczywiście pobojowisko zasłane było trupami i w mniejszej liczbie rannymi. Ranni mieli założone tymczasowe opatrunki. Komendant niemiecki chętnie zezwolił na zaopiekowanie się rannymi i na pogrzebanie zmarłych.
Nowa rzeczywistość
Najpierw ratowano rannych. Leżeli na polach, w rowach, inni koło domów i w stodołach. Z braku młodych przenoszeniem i przewożeniem ofiar bitwy zajęli się starsi i kobiety. Dzisiaj, mimo pewnych moich notatek trudno spamiętać wszystkich ochotnie pracujących przy rannych. Nieżyjący dzisiaj ślusarz Biernat (właściciel dużego zakładu przy ul. Kazimierza Wielkiego – przyp. red.) postarał się o wóz i konie na Wójtostwie i jeździł z przygodnymi pomocnikami zwożąc rannych. Ciężej ranni przenoszeni byli na noszach. Bardzo pomagała przy tym pani Blotkowa (Michalina Blotkowa mieszkała na Krakowskim Przedmieściu – przyp. red.), też już nieżyjąca. Bardzo gorliwie pracowała tak na początku tych nieszczęść jak i później pani Kazimiera Szczepańska (nauczycielka szkoły powszechnej im. Jachowicza, córka Franciszka Szczepańskiego działacza TSL – przyp red.). Ofiarnie pracował oficer z armii gen. Hallera o nazwisku Finta albo Flinta. Człowiek ten postarawszy się o wóz i konie zwoził zabitych. Do takiej roboty nikt się nie kwapi, tłumacząc, że – nie ma sumienia i nerwów – więc musiał sam się męczyć. Dużej pomocy udzielił pan Pachuta. Podczas koszmarnej okupacyjnej niewoli wiele z tych czynów zostało zapomnianych. Jeżeli jednak ludzie zapomnieli, z pewnością anieli Pańscy skrzętnie zapisali w nie przedawniających się rejestrach księgi żywota.
Szpital był tak przepełniony, że ranni leżeli w sieniach i na korytarzach, oprócz tego zorganizowano w bursie szkolnej szpital dla lżej rannych. Ponieważ wielu lekarzy odjechało, pozostali upadali ze zmęczenia, tym bardziej, że trzeba było wykonywać wiele operacji. Szczęściem było, że został dr Tunia w szpitalu i zjawiła się obca lekarka. Wśród ciężej rannych był nasz lotnik. Oprócz cierpień fizycznych jeszcze większym bólem przejmowała świadomość, że po wojnie przez swoich został zastrzelony.
W miarę posuwania się wroga przybywało jeńców, których Niemcy umieścili na wielkim dziedzińcu koszarowym. I znowu pole do działania dla rodaków. Kto tylko mógł zanosił żywność i papierosy. Po kilku dniach wywieziono ich z Bochni.
Wróg zaczął gospodarować po swojemu. Najlepsze budynki zostały zajęte dla władz wojskowych i urzędów. Naokoło kościoła stały auta i czołgi, przed głównym jego portalem – pralnia. Pojawiły się dwujęzyczne ogłoszenia na murach miasta grożące karą śmierci za niepodporządkowanie się władzy okupacyjnej. Zaczął urzędować Landkomisarz i Arbeitsleiter. Wszyscy oni byli panami życia i śmierci. Butni, bezwzględni odnosili się do Polaków z pogardą, szafując często słowem „gesindel” [pol. hołota – przyp. red.]. Morale tych dygnitarzy było jak najgorsze. Niektórzy mieli sekretarki, których stosunek służbowy był więcej niż poufały. Były one najczęściej pośredniczkami przy braniu łapówek.
Zapanowała ogólna nędza. Całe masy ludzi nie mających środków utrzymania. Przedwojenni urzędnicy nie otrzymali poborów, emeryci – emerytur. Zaroiła się tandeta. Ludzie bez grosza przy duszy wynosili różne rzeczy do sprzedania. Kupowali ci, którzy rozporządzali gotówką. Sprzedawano odzież, zastawy i nakrycia stołowe. Niektórzy mieli w kasach złożone oszczędności na „czarna godzinę”, ale kasy pieniędzy nie wypłacały. Przed wojną też żyli ludzie, którzy odczuwali „czarne godziny” i dla tych dawali bogaci miesięcznie po 0,20 groszy na Caritas i tyleż samo na Konfraternię św. Wincentego a Paulo. Konieczność życiowa zmuszała wszystkich do handlowania, mimo zakazu władz. Był to jedyny sposób utrzymania się przy życiu.
Tomasz Sowieński
