Stowarzyszenie Bochniaków
i Miłośników Ziemi Bocheńskiej

Rok założenia 1936

„Początek dramatu” – wrzesień ’39 we wspomnieniach Leszka Kali

Bochnia w 1939 r. w obiektywie niemieckiego żołnierza - Fotopolska.eu

Poniżej zamieszczamy artykuł Leszka Kali opublikowany pierwotnie w 81. numerze Wiadomości Bocheńskich – lato 2009. Autor wspomina czas wrześniowej tragedii, jaką była inwazja na Polskę Niemiec, a później Związku Radzieckiego. Miał wtedy 13 lat, a jego beztroskie dzieciństwo zostało nagle przerwane okrucieństwem wojny.

1 września 1939

Około piątej rano zbudziła nas syrena z szybu „Campi”. Wstawał kolejny, pogodny dzień 1 września 1939 r. Rozpoczęcie roku szkolnego zostało kilka dni wcześniej przesunięte na 10 września. Byliśmy przekonani, że ogłasza się próbny alarm lotniczy, jakkolwiek sytuacja polityczna była bardzo napięta.

Stacja kolejowa została w nocy opróżniona z pociągów jadących z węglem na wschód, a jeszcze wczoraj było ich tutaj kilka blokujących przejazd. Kilkanaście minut po piątej usłyszeliśmy wzmagający się warkot lecących samolotów. Przez otwarte okno zobaczyłem w promieniach wschodzącego słońca nadlatującą z kierunku południowo-wschodniego na niewielkiej wysokości eskadrę samolotów. Ich czarne sylwetki ociężale się kołysały, kiedy przelatywały prawie nad naszym budynkiem stacyjnym. Odprowadziłem je wzrokiem na północny zachód, aż znikły z oczu. Niedługo potem brygada torowa, szykująca się do pracy po drugiej stronie torów zaalarmowała, wołając, że słychać jakieś wybuchy. Rzeczywiście słaby odgłos detonacji dobiegł także i do nas stojących w oknie budynku stacyjnego. Po chwili wszystko się uciszyło.

Wcześnie zbudzeni przystąpiliśmy do porannej toalety i śniadania. Ojciec poszedł do pracy, a matka wysłała mnie po drobne zakupy do miasta. Kiedy znalazłem się na ulicy Solna Góra ponownie zabrzmiała syrena alarmowa. Szedłem jednak dalej spokojnie. Zobaczyłem biegnących ludzi i instruktora obrony przeciwlotniczej z opaską na ramieniu, który energicznie wpędzał ludzi do pobliskich schronów. Zdezorientowany tą sytuacją powróciłem biegiem do domu. Matka wysłała mnie od razu do biura mojego ojca na parterze budynku. Ojciec wyraźnie zmieniony na twarzy, przygnębiony powiedział mi, że Niemcy napadli na Polskę. Kilka osób z personelu stacyjnego obserwowało latające na niebie jakieś niezidentyfikowane samoloty. Na stanowisku obrony przeciwlotniczej była obsada w komplecie. Był tam nawet lekarz kolejowy dr Auber. Na razie nic szczególnego się nie działo, więc powróciłem do Matki ze złowrogą wieścią o wojnie. W południe zaniosłem Ojcu obiad i zostałem tam dłużej, aby wykonywać z czarnego kartonu zaciemnienia do lamp w świetlicy KPW (Kolejowego Przysposobienia Wojskowego) pod kierunkiem pani Janiny Winiarskiej, tegorocznej maturzystki. Miała ona już informacje z frontów. Mówiła, że polska piechota zdobyła Gdańsk, a kawaleria przekroczyła granicę niemiecką w Poznańskiem i w Prusach Wschodnich. A więc sukcesy militarne już w pierwszym dniu wojny. Miała też wiadomości smutne. Niemcy dopuścili się barbarzyńskich nalotów na bezbronne miasta, m.in. bombardowano Kraków i Warszawę. Polskiej artylerii udało się wiele wrogich samolotów strącić.

Pogoda po pięknym słonecznym poranku, w ciągu dnia wyraźnie się popsuła, a wieczorem, kiedy wracałem do domu, zaczął padać deszcz. Pod okapem stacyjnym spotkałem profesora Dominika Kuty, mojego wychowawcę z 5-tej i 6-tej klasy szkoły powszechnej, który schronił się tutaj przed deszczem. Zrobiło się duszno. Po zapadnięciu zmroku, z powodu zaciemnienia całe miasto tonęło w ciemnościach. Po dniu służby przyszedł do domu Ojciec. Nie podzielał on optymizmu, gdy powtórzyłem mu słowa Janiny Winiarskiej. Położyłem się spać pełen rozterek i przygnębienia. Noc minęła spokojnie.

2 września

Około 5-tej rano obudziło nas głośne pukania do drzwi. To sąsiedzi, państwo Szczeciakowscy informowali o groźbie nalotu eskadry lotniczej, która podobno leci wzdłuż trasy kolejowej Bieżanów – Bochnia. Natychmiast zrywamy się z łóżek, zabieramy przygotowane na taki wypadek walizki i schodzimy do schronu w piwnicach budynku. Ojciec idzie do biura i po chwili przynosi wiadomość, że samoloty skręciły na południe, a alarm był fałszywy. W ciągu dnia nie ma ani nalotów, ani żadnych alarmów. Jest ciepło i słonecznie. Do koszar naprzeciwko stacji przybywają liczni rezerwiści.

3 września

W niedzielę 3 września o 5-tej budzi nas syrena alarmowa szybu „Campi” W chwilę potem nadlatuje niemiecki samolot, który na niskim pułapie zatacza krąg nad domami przedmieść Bochni. Zbiegamy do schronu. Z koszar wojskowych rozlega się nerwowa gwałtowna strzelanina karabinowa do samolotu, który odlatuje. Na stację wjeżdża pociąg z pierwszymi uciekinierami znad granicy polsko-niemieckiej. Pociąg jest wypełniony ludźmi. Siedzą nawet na platformach wagonów. Niektórzy są ranni. Tych zabierają do szpitala na opatrunek. Ponownie nadlatują samoloty niemieckie, które spędzają nas do schronu. Gdy opuszczamy schron są już nowe samoloty, więc chowam się tym razem pod platformę wagonową na odgałęzieniu toru prowadzącym do koszar. Kule karabinowe koszą liście drzew rosnących obok stacji. Kilka samolotów zrzuca bomby na Kolonię Górniczą przy ulicy Brzeskiej. Zapewne Niemcy myśleli, że są to koszary. Naloty samolotów trwają do godziny ósmej. Rodzice podejmują więc decyzję o czasowym opuszczeniu służbowego mieszkania na stacji kolejowej i przeniesieniu się do rodzinnego domu przy ulicy Krakowskiej. Do walizek, toreb i plecaków pakujemy najniezbędniejsze rzeczy i prowiant. Słyszę alarm lotniczy. Wyglądam przez okno. Stojący na stacji transport wojskowy rusza na zachód. Do odjeżdżającego pociągu wskakuje w mundurze polowym por. Jan Kot – profesor gimnazjalny.

Zabieramy bagaże i udajemy się do domu, w którym mieszka bliska rodzina – państwo Winiarscy. W drodze kilka razy rozlega się syrena alarmowa, ale teraz samoloty przelatują bardzo wysoko z południa na północ. Pogodne niebo z drobnymi cumulusami, jak na złość, sprzyja niemieckim działaniom lotniczym. Nieodparcie nasuwa się pytanie, gdzie są nasze?

W domu przy ulicy Krakowskiej spokój. Po południu nadchodzi wiadomość o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię, a wieczorem przez Francję. Wywołuje ona ogromny entuzjazm i staje się głównym tematem rozmów wśród mieszkańców Bochni. Wieczorem rozmawiamy w gronie rodzinnym także na ten temat. Ojciec jest w lepszym humorze. Na pewno wojna przybierze inny obrót – korzystny dla Polski, przecież Anglia na morzu, a Francja na lądzie, to uznane potęgi. Zasypiamy z uczuciem, że nie jesteśmy osamotnieni w walce za Niemcami, Są z nami największe potęgi kolonialne na świecie.

4 września

Ojciec jak zwykle poszedł do pracy, a ja z kuzynem trochę później także udaliśmy się w kierunku stacji kolejowej. Przy koszarach na ulicy Krakowskiej spotkaliśmy nadjeżdżające samochody wojskowe ze Śląska. Wysiadają z nich oficerowie zmęczeni i zakurzeni, mówią coś o rozbitej polskiej linii obrony pod Pszczyną. Od Ojca na stacji dowiaduję się o zajęciu przez Niemców Katowic, Częstochowy i prawdopodobnie Oświęcimia oraz o możliwości ewakuowania Bochni. Przez stację przejeżdżają na wschód nowe pociągi z uciekinierami i ewakuowanymi ze Śląska. W ciągu kilku godzin z radosnego nastroju wywołanego przystąpieniem do wojny Anglii i Francji popadam w nastrój przygnębienia. W południe idziemy z Matką na stację z obiadem dla Ojca i zamiarem zabrania z mieszkania służbowego kilku rzeczy potrzebnych do ewakuacji. Na skrzyżowaniu ulicy Piłsudskiego i Karosek słyszymy prawie jednocześnie syrenę alarmową i warkot samolotu. Wraz z innymi przechodniami chronimy się w przydrożnym rowie koło krzyża. Nisko przelatuje nad nami wrogi samolot. Na szczęście nie zrzuca bomb. W kilkanaście minut później sytuacja się powtarza. Tym razem nadlatuje cała eskadra.

W stacyjnym schronie jest niesamowity ścisk. Są tu ludzie z ewakuacyjnego pociągu stojącego na stacji. Widzę naczelnika Bugayskiego. Schronem wstrząsają detonacje wybuchających na zewnątrz bomb. Po chwili do schronu wciskają się jeszcze junacy gimnazjalnego hufca przysposobienia wojskowego. Informują nas błędnie o zrzuceniu bomb gazowych, co powoduje przerażenie i panikę. Posiadacze masek przeciwgazowych zakładają je, inni zasłaniają usta i nos tamponami i chusteczkami. Słychać szept modlitwy. Po kilku minutach milkną detonacje. Rozpoczyna się rozmowa. Jakaś kobieta uciekinierka przekonywującym głosem mówi o kompletnym zniszczeniu Jasnej Góry: nie pozostał tam nawet kamień na kamieniu. W chwile później ktoś wskazuje palcem na jakiegoś mężczyznę, podejrzanego o szpiegostwo. Podobno miał dawać znaki niemieckim samolotom. Czy to prawda, czy tylko efekt ogólnej psychozy i przygnębienia? Wystraszonego mężczyznę otaczają junacy PW i zabierają go ze sobą. Ktoś informuje o zakończeniu nalotu. Idziemy do domu ulicą Solną Górą i Świętokrzyską. Mijamy lamentującą grupkę ludzi i furmankę wiozącą zwłoki mężczyzny zabitego w czasie nalotu. Matka mówi, że nasilające się naloty niemieckie świadczą o pogarszającej się sytuacji wojskowej na froncie.

Wieczorem wraca z pracy Ojciec. Przynosi bardzo złe wiadomości. Niemcy posuwają się szybko w głąb naszego kraju. Następuje generalny odwrót naszego wojska, a Bochni grozi w każdej chwili ewakuacja. Kładziemy się spać z uczuciem niepewności jutra. Pryska mit hasła „silni-zwarci-gotowi” i mocarstwowości Polski. Euforię poprzedniego wieczoru zastępuje pesymizm.

5 września

O drugiej po północy budzi nas z nerwowego snu mocne pukanie w okno. To pracownik kolejowy przybył z wiadomością o ewakuacji stacji. Wstajemy, zabieramy bagaże i żegnając rodzinę Winiarskich udajemy się do naszego mieszkania na stacji. Na dworze gęsta mgła i chłód wrześniowej nocy. Na Rynku i przyległych ulicach mnóstwo furmanek z dobytkiem uciekinierów i maszerujących pieszo całych rodzin oraz taborów wojskowych. Wszyscy kierują się na wschód. Po przybyciu na miejsce przystępujemy zaraz do pakowania i przygotowywania się do wyjazdu. Na torach czeka już 8 krytych wagonów przeznaczonych dla ewakuowania rodzin. Ojciec udaje się jeszcze na stację do biura po dodatkowe informacje o sytuacji frontowej i wraca o ósmej. Okazuje się jest źle, w powietrzu panują już Niemcy, a nasz wyjazd byłby szaleństwem. Decyduje więc o pozostaniu nas w Bochni i przeniesieniu się na czas przejścia frontu na ulice Krakowską.

Tymczasem z miasta i okolic, mniejszymi lub większymi grupami trwa exodus, głównie mężczyzn, a także całych rodzin na wschód. Jedynym środkiem lokomocji wielu z nich jest wózek lub rower. Tylko nieliczni jadą samochodami, ale na jak długo starczy im benzyny? Dzień jest spokojny, bez nalotów, więc kilkakrotnie przenosimy niezbędne rzeczy do domu na ulicy Krakowskiej.

Wieczorem żegnamy się z Ojcem, który służbowo musi ewakuować się z całym personelem stacyjnym. Na stacji stoją też państwo Szczeciakowscy i państwo Smajdowie z dziećmi. Są zdziwieni, że my nie wyjeżdżamy. Tak mija dzień 5 września (wtorek) pełny zmiennych decyzji. W drodze powrotnej do mieszkania na Krakowskiej wstępuję do budynku gimnazjum, gdzie od woźnego otrzymuję tampon przeciwgazowy.

6 września

6 września od rana słychać słabe pomruki artylerii. Szosą od Krakowa, dobrze widoczną z okien domu, jadą liczne tabory z wojskiem i maszerują kolumny żołnierzy. Mijają ich samochody wojskowe i sanitarne ze znakami Czerwonego Krzyża. Jadący żołnierze są potwornie zmęczeni. Do naszego domu wstępuje żołnierz i prosi o coś do picia i jedzenia. Siada na ganku, odstawia karabin i opowiada o rozbiciu jego jednostki przez przeważające siły niemieckie, wyposażone w setki czołgów, artylerię i lotnictwo. Na jego twarzy gruba warstwa kurzu, przekrwione ze zmęczenia i niewyspania oczy. Mówi, że nie spał od chwili wybuchu wojny, cały czas w odwrocie.

W ciągu dnia pomruk artylerii jest coraz bardziej wyraźny. Zabieram się z Matką do miasta, ale po drodze wstępuję do kolegi Jarka Filipowicza. Słuchamy radia, które podaje jakieś zaszyfrowane komunikaty. W Bochni pełno żołnierzy i uciekinierów. Rozbijane są sklepy i trwa rabunek, na ulicach poniewierają się porzucone towary. To już obraz kompletnego rozkładu porządku i dyscypliny. Nie ma administracji miasta, która się już ewakuowała.

Wraca z miasta Matka z wiadomością, że Ojciec jest ciągle na stacji i pełni służbę. Zabieramy więc ciepły posiłek dla niego i idziemy szybko najkrótszą drogą. Na Plantach leżą pod drzewami śmiertelnie zmęczeni żołnierze. Na ulicy Piłsudskiego żołnierze z łączności zwijają kabel wojskowy, mają na głowach francuskie hełmy. Na stacji służbę pełni ojciec (po nocnym dyżurze) razem z Julianem Smajdą. Odprawiają ostatnie pociągi na wschód. Pozostały personel stacji z naczelnikiem Bugayskim już się ewakuował. Poza kilkunastu żołnierzami kręcącymi się po stacji – pustka. Stoi tylko pociąg pancerny, którym Ojciec i Smajda mają odjechać na wschód. Ojciec ponagla nas do powrotu. Mówi, że Niemcy są już w Nieprześni. Wzmaga się kanonada artyleryjska. Ze ściśniętym gardłem żegnamy się. Czy się jeszcze zobaczymy? Czy to już zamknięty rozdział w naszym życiu.

W domu na Krakowskiej wujek decyduje, aby najniezbędniejsze rzeczy znieść do piwnicy. W wyniku kanonady szyby dźwięczą w oknach. Widzę jak w kierunku zachodnim maszeruje kompania naszego wojska udając się na linię walki. To już chyba formacja osłonowa. Kanonada ustaje, natomiast słyszę coraz wyraźniejsze strzały karabinowe, co oznacza, że linia walki jest już blisko. Potężny huk wystrzału armatniego zapowiada kolejną kanonadę. Szum przelatującego pocisku wskazuje, że cel rażenia przesunięto na śródmieście. Słychać wyraźnie wymianę ognia z karabinów i karabinów maszynowych. Siedzimy w piwnicy. Wpada jakaś zdyszana i przerażona kobieta. Z jej chaotycznych wypowiedzi wynika, że nie zdążyła dotrzeć do swojego domu i znalazła się pomiędzy ostrzeliwującymi się żołnierzami. Palba karabinów nasila się, huk wystrzałów świdruje uszy. Strzelcy muszą być niedaleko naszego domu.

Siedzimy w piwnicy, tylko wujek co jakiś czas sprawdza, co się dzieje w domu. Przynosi wiadomość, że widział, że okrężną, krętą uliczką pomiędzy domami do kapliczki św. Rozalii za osłaniającym wzniesieniem, przebiegła grupka polskich żołnierzy. Strzelanina trwa do zmroku. Dopiero koło 10. wieczorem strzelanina karabinowa słabnie, milknie artyleria. Możemy wyjść z piwnicy. Nad horyzontem od zachodu ogromna łuna pożarów. W powietrzu unosi się gryzący swąd spalenizny. W nocy znowu odzywa się artyleria i karabinowa strzelanina. Dwukrotnie schodzimy do piwnicy.

7 września

Wstaje 7 dzień września. W brzasku rozpoczynającego się dnia, przy szosie Kraków-Tarnów widać manewrujący niemiecki czołg i kręcących się koło niego żołnierzy w obcych mundurach. Kilkanaście minut później uliczką boczną koło domu, którą cofali się wczoraj polscy żołnierze, wkracza oddział żołnierzy w mundurach feldgrau. Lśniące hełmy, ogolone różowe twarze, wyprasowane ubrania i błyszczące buty. To żołnierze zwycięskiej armii. A więc front już przeszedł i jesteśmy po niemieckiej stronie. Przez pola jadą czołgi obok tzw. cholerycznego cmentarza. Z otwartych wieżyczek wychylają się niemieccy żołnierze w czarnych mundurach. Zadowoleni i uśmiechnięci. Jakże bardzo różnią się od naszych żołnierzy… A mieli mieć czołgi z tektury, a ubrania z pokrzyw, jak to pokazywały liczne rysunki karykaturzystów w naszych gazetach.

Równocześnie szosą od Krakowa sunie nieprzerwanie niemiecka armia. Samochody, motocykle, tabory konne, opancerzone wozy, artyleria. Wszystko wyczyszczone na wysoki połysk. Nieopodal naszego domu płonie dom kryty strzechą. W powietrzu woń spalenizny zmieszana z zapachem spalin benzyny. Nie ma już strzelaniny, nie ma alarmów lotniczych. Eskadry niemieckich samolotów przelatują na znacznie niższej wysokości. Tak mija pierwszy dzień pod okupacją niemiecką.

Po dniach wielkich napięć, nadziei, osobistych przeżyć, tragedii i wstrząsów następują teraz dni złudnych oczekiwań na odwrócenie losów kraju i rychłe zakończenie wojny. Czas pokaże, że wszystko to oparte było na błędnych rachubach i bezpodstawnej wierze w potężnych sojuszników. Życie toczy się w nowych warunkach okupacyjnych.

8 września

W piątek 8 września po południu samorzutnie zorganizowany zespół kobiecy, złożony przede wszystkim z maturzystek i licealistek zbiera i znosi naszych poległych żołnierzy z okolicznych pól. Babcia udaje się do naszego mieszkania na stacji, aby pilnować mieszkania i znajdujących się tam rzeczy.

10 września

W niedzielę 10 września idziemy rano do kościoła. Jest nadal piękna pogoda i nadzwyczajne ciepło. W szkole powszechnej Jachowicza są zakwaterowani niemieccy żołnierze. Zadowoleni wypoczywają. Zwycięzcy. Kościół wypełniony po brzegi wiernymi – kobietami, młodzieżą i dziećmi. Nie ma prawie zupełnie mężczyzn. W czasie mszy świętej rozlega się bardzo często głośny płacz. Przy bocznym ołtarzu odprawia Mszę św. ksiądz w wojskowych, podkutych butach, którymi tłucze się niesamowicie po posadzce. To jakiś ksiądz – żołnierz niemiecki.

W tym dniu po raz pierwszy zetknąłem się bezpośrednio z żołnierzem niemieckim, który podszedł do nas koło domu prosząc o ogień do papierosa. Nie rozumiałem ani słowa, ale stały koło mnie kuzynki po maturze, które rozumiały dobrze język niemiecki i przyniosły zapałki. Zaskoczyło mnie twarde, szorstkie brzmienie języka niemieckiego. W gimnazjum uczyłem się francuskiego, o jakże innym, delikatniejszym brzmieniu. Po obiedzie idziemy do naszego mieszkania na stacji. Obok plant mijamy większą grupę Niemców. Przed nimi stoi generał w płaszczu o czerwonych klapach. Odbiera meldunki od wyprężonych oficerów. Nie czynią nam przeszkód w przejściu, chociaż idziemy koło nich w odległości kilkunastu metrów. Dalej spotykamy Niemców w czarnych mundurach, których wesołość wywołało przerażenie kobiety z małym pieskiem, napastowanych przez groźnego wilczura.

Na stacji w opuszczonym przez państwa Szczeciakowskich mieszkaniu dwaj niemieccy oficerowie pułkownik i major urządzili sobie kwaterę. Chcieli zająć nasze mieszkanie, ale natrafili na śpiącą naszą Babcię, dlatego zajęli sąsiednie. Zobaczyłem, że ordynans tych oficerów karmi pozostawionego psa naszych sąsiadów. Ze względu na wprowadzoną godzinę policyjną przed zachodem słońca wracamy do domu rodzinnego na Krakowskiej.

W ciągu kilku dni pojawia się w sprzedaży wydawana przez Niemców gazeta „Goniec Krakowski”. Przebija z niej radość z tryumfu oręża niemieckiego. Matka decyduje ostatecznie, że powrócimy do naszego mieszkania na stacji. Przenosimy więc znowu nasze rzeczy. Niemcy uruchamiają kolej. Mieszkanie Szczeciakowskich jest już wolne od oficerów niemieckich. Na parterze budynku Niemcy urządzają swoje kwatery, a ja obserwuję ich codzienne apele i odprawy żołnierzy.

Rozpoczyna się powrót uciekinierów ze wschodu na zachód. Niesamowicie brudni, zmęczeni i głodni, wracają często boso, z odparzonymi nogami. Buty niosą na lasce lub kiju. Niosą także żałosne resztki zabranego dobytku. Mężczyźni, których jest większość zarośnięci. Dopiero teraz uświadamiam sobie jak bardzo przewidujący był mój Ojciec. Razem z uciekinierami docierają do nas wiadomości o wkroczeniu na nasze wschodnie tereny Armii Sowieckiej. Informacje są sprzeczne. Nie wiadomo jakie są zamiary Sowietów. Nikt wtedy przecież nie wiedział o tajnym protokole z paktu Ribbentrop-Mołotow. Niemcy organizują transport polskich jeńców na zachód. Z niepokojem czekamy na opóźniający się powrót Ojca.

3 października

Wreszcie 3 października rano rozlega się znajome pukanie do drzwi, które wyrywa mnie z łóżka. Nie mam wątpliwości , że wraca Ojciec. Krzyczę na całe gardło: „Tata wraca!” i nie mylę się. Następuje długa chwila wzruszającego powitania. Jesteśmy znowu razem. Pół dnia opowiada nam Ojciec o swoich przeżyciach i wydarzeniach na trasie ucieczki. Mówił, że to była prawdziwa droga krzyżowa, szczególnie dla kobiet, dzieci i ludzi starszych. Głodni, spragnieni, narażeni bez przerwy na naloty i działania dywersyjne „5-tej kolumny”. Często musieli porzucać swój dobytek.

Przez najbliższe dni przychodzą do nas znajomi Ojca. Wszyscy dzielą się wrażeniami z tułaczki. Ojciec z sześcioma kolegami dotarł w pobliże Równego, na Wołyniu. Rankiem 17 września dowiedzieli się o wkroczeniu Sowietów. Ojciec błyskawicznie zdecydował się na powrót do domu uznając, że losy kampanii wojennej polsko-niemieckiej są już zakończone, a od Sowietów nie można oczekiwać niczego lepszego niż od Niemców. Koledzy także decydują się na powrót. Tutaj są przecież ich rodziny.

W toku takich rozmów pojawia się nadmierny optymizm kolegów Ojca, którzy uważają, że wojna skończy się na wiosnę 1940 roku, bo Niemcy zostaną pobici przez Anglię i Francje. Ojciec zaś uważa, że wojna i okupacja Polski może trwać kilka lat.

Ojciec zgłasza się do pracy na kolei, ma przecież na utrzymaniu całą rodzinę. Czynimy intensywne starania o zabezpieczenie naszej egzystencji na najbliższe zimowe miesiące. W październiku nasila się transport naszych żołnierzy do obozów jenieckich na terenie Rzeszy. Transporty takie zatrzymują się także w Bochni na stacji kolejowej, a ponieważ Niemcy nie czynią żadnych przeszkód roznosimy przez kilka dni jeńcom ciepłą herbatę i zupy, które przygotowują nasze kuzynki i Matka. Z jednego transportu przejeżdżającego przez Bochnię nocą ucieka nasz kuzyn, powołany do podchorążówki w 1938 r., który walczył we wrześniu pod Tarnowem i tam dostał się do niewoli.

W koszarach przy ul. św. Leonarda Niemcy organizują przejściowy obóz dla jeńców. Teren koszar jest w nocy intensywnie oświetlony. Wzdłuż ogrodzenia znajdują się posterunki wartownicze. W środku placu na wale ochronnym strzelnicy ustawiono ciężkie karabiny maszynowe.

Z dnia na dzień coraz cięższe warunki aprowizacyjne, a chleb coraz ciemniejszy. My, którzy ocaleliśmy, staliśmy się świadkami tamtych, pełnych tragicznych wydarzeń dni, w których skończyła się nasz młodość, zginął świat zasad i wartości, w jakich wychowaliśmy się.

Leszek Kala

Jan Ptaśnik

Jan Ptaśnik (1876-1930)

Jan Ptaśnik urodził się 15 stycznia 1876 r. w podbocheńskich Mikluszowicach. Pochodził z chłopskiej rodzi Marcina Ptaśnika i Anny z Sadulskich. Ukończył szkołę ludową w rodzinnych Mikluszowicach po czym rozpoczął edukację w bocheńskim gimnazjum. Maturę zdał w 1896 r. Decyzją

Czytaj więcej »

Uroczysty opłatek Bochniaków 2026

10 stycznia w zabytkowych wnętrzach Domu Bochniaków odbyło się coroczne spotkanie opłatkowo-noworoczne. Tegoroczny opłatek Bochniaków zgromadził licznych członków Stowarzyszenia, samorządowców oraz zaproszonych gości, stając się okazją do wspólnego kolędowania, wspomnień i wymiany serdeczności. Niespodzianka

Czytaj więcej »