PLAC APELOWY W GETCIE – ul. Bracka-Kowalska

1-4 IX 1943 r. na placu między ulicami Bracką i Kowalską Niemcy zgromadzili kilka tys. pozostałych przy życiu Żydów. Chorych i starych wywieziono na zagładę do obozu w Auschwitz, a zdrowych do obozu pracy w Szebni. 1 IX 1943 r. rozstrzelano tu 1000 Żydów.

Główny plac apelowy bocheńskiego getta znajdował się na terenie ogrodu Franciszka Jarosza (tzw. „Jaroszówka”) pomiędzy ul. Pod Lipką a budynkiem hotelu przy obecnej ul. Galasa. Dla potrzeb Akcji III likwidacji getta we wrześniu 1943 r. utworzono plac apelowy pomiędzy ulicami Bracką i Kowalską.

Salomon Bikser – obsługiwacz w bóżnicy

Aleksander Gutfreund wspomina:

Pewnego ranka ogłoszono: Wszyscy wychodzić i zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Miałem kolekcję znaczków i poszedłem z jednym kolegą, żeby ją ukryć w piwnicy. Gdy wyszliśmy, już nie było nikogo. Zobaczyli nas Niemcy i krzyknęli: Stehen, bleiben! – ale nie posłuchaliśmy. Zaczęliśmy uciekać. Pamiętałem co mówił ojciec: jak będą strzelali biegnij zygzakiem!”. I tak biegłem. I nagle zobaczyłem czerwoną plamę na plecach mojego kolegi. Upadł. Ale ja biegłem i biegłem, i ciągle tym zygzakiem. W końcu dobiegłem do placu apelowego, gdzie byli wszyscy Żydzi i znalazłem moją rodzinę. W tłumie Niemcy nie mogli mnie znaleźć.

Aleksander Urban wspomina:

Wydarzenia w Bochni w 1943 r. obserwowałem z okien kamienicy przy ul.
Trudnej. Działo się to w okresie ostatecznej likwidacji getta. Zobaczyłem Niemców wchodzących do niewielkiego domku położonego za drutami kolczastymi biegnącymi wzdłuż potoku Babica. Usłyszałem krzyk kobiety wyciągniętej przez Niemców. Krzyk ten słyszę do dziś. Niemiec zabił strzałami z karabinu tę kobietę wraz z dwojgiem dzieci. Jedno było w jej ramionach. Był to najbardziej tragiczny dzień w moim życiu.

Salomon Bikser, owinięty w tałes, modli się tuż przed zastrzeleniem – prawdopodobnie na placu apelowym

W dniach 1 – 4 IX 1943 r. hitlerowcy zgromadzili na placu kilka tysięcy pozostałych przy życiu Żydów, którzy koczowali tam, oczekując na transport. Do getta przyjechali policjanci niemieccy na kilkudziesięciu samochodach. 2 września 1943 r. dokonano selekcji, oddzielając starych i chorych od zdrowych. Chorych wywieziono na zagładę do KL Auschwitz, a zdrowych, wraz ze sprzętem z Warsztatów Miejskich do obozu pracy w Szebni i Płaszowie. Miała pozostać tylko 150-osobowa grupa do przeszukania domów getta w celu odnalezienia kosztowności, ich segregacji oraz uporządkowania terenu zlikwidowanego getta. W grupie tej było kilku złotników i zegarmistrzów. Już 1 września 1943 r., Wilhelm Haase kazał rozstrzelać na placu apelowym ok. 1000 Żydów. Potwierdza to wyrok Sądu Wojewódzkiego w Krakowie z 29 czerwca 1951 r. sygn. akt K 170/51 skazujący Wilhelma Haase. Zwłoki rozstrzelanych spalono na stosie przy ul. Solna Góra – boczna. Zachowały się trzy dramatyczne listy młodej Żydówki z grupy porządkowej, Ady Lammensdorf, córki bocheńskiego lekarza. Adresowane do jej koleżanki z miejskich Warsztatów Naprawczych Marii Durachta (po mężu Witek), zdążyła przerzucić przez płot getta przy ul. Solna Góra. Ada Lammensdorf, wyznaczona na placu apelowym do grupy porządkującej getto po likwidacji, pisze:

Jeden z trzech listów Ady Lammensdorf

Jestem u kresu sił i modlę się o koniec …to jest piekło …Tu jest robota jeszcze na 2 – 3 tygodnie. A potem? Wiesz, że oni palą nasze zwłoki na stosach… I ani śladu po nas nie zostanie … Jestem u kresu. I nie widzę ratunku…

Ada Lammensdorf

Z treści listu, przytoczonego przez Iwonę Zawidzką(26), wynika, że A. Lammensdorf pisała go już po spaleniu zwłok Żydów na stosie w dniu 4 września 1943 roku. Los jej jest nieznany.
Akcję likwidacji getta w Bochni przeprowadzał SS-Sturmbanführer Willi Hasse W akcji tej uczestniczyli: Wilhelm Schömburg, komendant Kripo w Bochni i komendant getta, Franz Josef Müller.
„Hechaluc Halochem” – tygodnik Bojowej Organizacji Żydowskiej Młodzieży Chalucowej, działającej w Kopalinach pod Bochnią, opublikował 10 września 1943 r.(27) dramatyczny list z Bochni, w formie artykułu pt. Co widziałem w getcie bocheńskim. Jego anonimowy autor, który z ukrycia obserwował przebieg Akcji III likwidacji getta pisał:

W czwartek 2-go września o godzinie 4.30 rano ghetto bocheńskie zostało otoczone przez podwójny kordon SS-manów. Ludzie zostali wyrwani z szarzyzny codziennej pracy, co do której łudzili się, że ich wyratuje i stanęli twarzą w twarz ze zniszczeniem i śmiercią. Na ulicy popłoch, krzyk, płacz. Potok przerażonych ludzi przewala się bezwładnie we wszystkich kierunkach. Przez płot przyglądają się temu zimne twarze szturmowców, Jeszcze nie strzelają, bo nie mają rozkazu, ale masowość ich sylwetek, hełmów, karabinów, oczu morderców to wszystko rozwiewa ostatnie złudzenia tych, którzy nie chcą uznać rzeczywistości. Tak, to jest akcja. OD-mani, pomocnicy katów, wzywają i gromadzą wszystkich na placu apelowym. Tu stoją obok siebie starzy i młodzi, dzieci, chorzy, kto tylko może stać na nogach – z mizernym tobołkiem w ręku. Stoją i czekają, bo nie wiedzą, co robić. Przyniósł ich tu owczy pęd masy, opanowanej przez strach. OD-mani zapowiedzieli, że każdy kto będzie na placu, uratuje się, a oni wierzą, czepiają się tej myśli. Nawet matki idą z małymi dziećmi na plac, wmawiając sobie, że może jednak w ten sposób uratują swoje dzieci. Ale w ich oczach jest strach i ból. Podczas gdy w dzielnicy „A” zebrała się cała ludność, to samo odbywa się w dzielnicy „B”. Starszych, którzy nie mogli iść, wystrzelano. Około godz. 8 rano weszło do ghetta 80 szturmowców, którzy zaczęli przeszukiwać domy i każdego, który nie mógł wyjść na plac (chorych i in.) kończyli na miejscu. Około godz. 10-tej począł przeciągać przez ulice z dzielnicy „A” do „B” potok ludzi, dzieci, otoczonych przez żandarmerię i szturmowców, popędzanych w brutalny sposób. Z mojego ukrycia widziałem wszystkich. Słyszałem głuchy, równomierny tupot ludzkich nóg i płacz, bezradny płacz, krzyk dzieci i starców. widziałem dzieci zupełnie opuszczone przez rodziców, widziałem, jak pięcioletnia dziewczynka prowadziła pod rękę trzyletniego chłopczyka. To znów szły dzieci prowadzone przez OD-mana. Z czterech tysięcy Żydów w Bochni zostało 250 do likwidacji ghetta, a wszystkich innych popędzono na stację. Pogłoski szły, że część zostaje wysłana do Krakowa, na Jerozolimską, a część do obozu karnego. Trwało to do godz. 2-giej pop. Później patrole prowizorycznie przeszukały dzielnicę, a o 6-tej wieczór wszyscy szturmowcy butnie z piosenką na ustach opuścili dzielnicę. I tak bocheńscy Żydzi, którzy doprawdy wiernie pracowali dla Niemców (pod względem wydajności Bochnia była zawsze na pierwszym miejscu wśród wszystkich lagrów) dostali swoją nagrodę. Zostali jedynie ci schowani po schronach, którzy zdecydowani byli zginąć raczej na miejscu, niż iść na powolne konanie do obozów w myśl hasła: Ausnützen und ausrotten. Niestety przez całą noc dzielnica była tak otoczona, że ucieczka była niemożliwa.
Co dziesięć kroków stał szturmowiec, a wszystkie ulice naokoło ghetta były poza tym pilnowane. Właściwe zakończenie akcji dopiero teraz nastąpiło. W piątek o 7-mej rano usłyszeliśmy strzały. To był znak, że się zaczęło. Przez cały dzień słychać było strzały i terkot karabinów maszynowych lub na zmianę huk granatów. Przeszukiwania były bardzo dokładne. Otwierano nawet kanały. Pod wieczór szturmowcy opuścili dzielnicę, a straż naokoło objęła policja granatowa. OD i robotnicy pozostawieni legalnie poczęli zbierać trupy na wozy i grzebać je we wspólnym dole. Trwało to do południa w piątek i przez całą sobotę. W sam czwartek padło ogółem 500 ofiar.

Fragment Listu z Bochni w: Hechaluc Halochem nr 33 10 X 1943r.

————————————–

(26) Iwona Zawidzka, W 50 rocznicę zagłady getta bocheńskiego [w:] „Rocznik Bocheński”, t. I, Bochnia 1993 r., s. 196.

(27) „Hechaluc Halochem” – tygodnik Bojowej Organizacji Żydowskiej
Młodzieży Chalucowej w Kopalinach pod Bochnią , nr 33 10.IX.1943 – 10 Elul 5703 piątek – zbiory Stowarzyszenia Bochniaków i Miłośników Ziemi Bocheńskiej.