DAWNE KOSZARY – ul. św. Leonarda

Po przeciwnej stronie ulicy, 25 sierpnia 1942 r., na dziedzińcu koszar Niemcy zgromadzili około 3000 Żydów i wywieźli do obozu zagłady w Bełżcu.

Żołnierze Wehrmahtu w byłych koszarach 5 Dywizjonu Taborów w Bochni

Na wezwanie Niemców, ogłoszone afiszami, mieszkańcy getta w liczbie ok.2000-3000(34) zgłosili się 25 sierpnia 1942 r. o godzinie 7.00 na dziedzińcu koszar wojskowych (pomiędzy ul. księcia Józefa Poniatowskiego, Wołową – obecnie Wojska Polskiego i św. Leonarda).

Żydzi na placu apelowym byłych koszar 5 Dywizjonu Taborów w Bochni

Do transportu wyznaczono Żydów, którzy nie posiadali zarejestrowanych zaświadczeń pracy. Mogli ze sobą zabrać bagaż nie cięższy niż 10 kg i żywność na 4-5 dni. Maria Odyniec w książce Dzieci zawieszenia broni pisze(35):

24 sierpnia, wychodząc z pracy ujrzałam plakaty obwieszczające ”przesiedlenie” Żydów w dniu następnym. Głosiły, że za ukrycie kogoś z nich, cały polski dom będzie ukarany śmiercią. Okna polskich mieszkań mają być zamknięte, podobnie bramy… należy ograniczyć chodzenie po mieście. Wszystkie przepustki na teren getta tracą moc.

Aleksander Gutfreund wspomina:

Wszyscy próbowali znaleźć pracę, gdziekolwiek, żeby tylko dostać papier z pieczęcią. Jeszcze nie wiedzieliśmy, gdzie mamy jechać, ani, że Bełżec to obóz śmierci. Maja siostra nie dostała pieczątki, więc gotowała się do wyjazdu. Pamiętam jak dziś: stoimy przed domem, a gestapowiec Schömburg przyszedł z moim wujkiem, który był w Judenrat. Wujek wskazał na moją siostrę i to wystarczyło, by dostała pieczątkę. A wujkowi stanowisko nie pomogło. Też został wysłany do Bełżca z trzyletnim synem i żoną.

Ostatnia droga przez wiadukt na bocznicę kolejową – 25 VIII 1942 r.

Jacek Paczyński przypomina relacje swojego ojca Mariana:

Ojciec mówił, że w tym dniu obserwował z ukrycia kolumny Żydów prowadzone na bocznicę kolejową ul. Poniatowskiego a następnie po drewnianych schodkach na wiadukt. Przy wchodzeniu na schody jedna z Żydówek uczepiła się balustrady i nie chciała dalej iść. Wówczas Niemiec nie namyślając się przebił ją bagnetem nasadzonym na karabin. Gdy upadała przerzucił ją posługując się tym karabinem przez balustradę, a następnie dobił strzałem karabinowym. Przez 3 dni jej zwłoki leżały w tym samym miejscu.

W kolumnach przeprowadzeni zostali wszyscy ulicą księcia Józefa Poniatowskiego, a następnie wiaduktem do stojących na bocznicy dworca kolejowego w Bochni, wagonów. Tam ich załadowano i wywieziono o godzinie 14.00 do obozu zagłady w Bełżcu. Była to pierwsza akcja eksterminacyjna na terenie getta w Bochni – Akcja I. Antoni Gajewski z Krakowa mówi:

Stałem wtedy koło restauracji Rychtera przed wiaduktem kolejowym i widziałem jak szły te kolumny ulicą księcia Józefa Poniatowskiego, a następnie przez wiadukt.

Jan Michajlak wspominał:

Wagony towarowe, do których wsiadali Żydzi, wysypane były wapnem, a po wejściu i zamknięciu wagonów, osoby do nich załadowane zaczęły się dusić.

Bocznica kolejowa w Bochni, z której odprawiano pociągi do obozów zagłady.

Być może część transportu załadowano do wagonów stojących na bocznicy kolejowej koszar. Po tych, którzy z powodu wieku lub choroby nie mogli się zgłosić do koszar podjechały samochody. Po załadowaniu ok. 500 osób (kobiety, starcy, dzieci) wywieziono ich do Baczkowa, tam rozstrzelano i pochowano w przygotowanych wcześniej dołach. Zlikwidowano także pacjentów i personel szpitala żydowskiego przy ul. św. Leonarda 2(36). Prof. dr hab. Krzysztof Kwaśniewski był wówczas uczniem Szkoły Handlowej w Bochni. W artykule Moje bocheńskie wspominki w 2012 r., w „Wiadomościach Bocheńskich” wspominał(37):

A potem, zupełnie nagle (w sierpniu 1942 r.) była „akcja”. Getto obstawione wartownikami, a w getcie nawet nie krzyczano, tylko czasem słychać było strzały (ponoć po tej „akcji” niemieccy oficerowie zażądali od przewodniczącego gminy żydowskiej 10000 zł. za „zwrot kosztów zużytych nabojów”). Wielu znajomych, wśród nich i ona – moja nauczycielka angielskiego, miła osoba Lotta Frenkel – nagle po prostu zniknęło. Ludzie bali się nawet zbytnio dopytywać się o ich los. To prawda, że myślało się głównie o tym, że „to jeszcze nie my”. I nie sądzę, by myślenie to nie było podobne i tam, w getcie, u mieszkańców tych domów, których jeszcze nie „opróżniono”. Kto tego sam nie doświadczył, ten nie wie nic o tych sprawach.

W tym samym artykule Krzysztof Kwaśniewski przypomniał także o niezwykłej scenie śmierci:

Dostojny starzec, który w przeczuciu nadciągającej śmierci ubrał się w cały rytualny żydowski strój modlitewny i po przybyciu Niemców nie chciał się ruszyć z miejsca tak, że został zastrzelony pod swoim domem. Dostojeństwo tej śmierci przypominało rzymskich senatorów w uroczystych togach, oczekujących ongiś galijskich najeźdźców na Forum Romanum.

__________________________________

(34) zob. przypis 18.

(35) Maria Odyniec. Dzieci zawieszenia broni, Gdańsk 1996 s. 97

(36) zob. tablica 9.

(37) Krzysztof Kwaśniewski Moje bocheńskie wspominki [w:]
Wiadomości Bocheńskie, nr 3/2012.